środa, 30 listopada 2011

W sieci przygody


    
 AUTOR: Cecilia Randall,
TYTUŁ: Hyperversum
WYDAWNICTWO: Esprit
ROK WYDANIA: 2011

 Nie lubię fantastyki ani science fiction, toteż do tej lektury nastawiałam się dosyć sceptycznie, przewidując co mnie może spotkać podczas literackiej wędrówki. Mimo wszystko podjęłam rękawicę, kierując się opiniami innych i faktem, iż w tak krótkim czasie książka zrobiła niezłe „pozytywne” zamieszanie. Recenzję można by zamknąć w jednym słowie –wyśmienita – i wszystko byłoby jasne. Bo zazwyczaj zawsze pojawia się jakieś „ale” wskazujące na mniejsze lub większe wady, zgrzyty nieodciągnięcia czy to fabularne czy w warstwie stylistycznej. Po  raz pierwszy od dłuższego czasu mogę powiedzieć, że wszystko jest na swoim miejscu, dopracowane z wielką precyzją i wyczuciem.

   A jego głównymi sprawcami stała się szóstka bohaterów (Ian, Martin, Carl, Jodie, Donna i Daniel), wchłoniętych przez cybernetyczną przestrzeń gry Hyperversum na skutek awarii systemu do średniowiecznego świata. Wszystko by było normalne gdyby nie to, że ta wyimaginowana rzeczywistość stała się prawdziwa. Pewnego sobotniego popołudnia zafascynowani wirtualnymi zmaganiami przyjaciele znaleźli się w XIII wieku, mocno przerażeni i zdumieni tym co ich spotkało, myśląc że za chwilę uda im się wydostać z tej mrożącej krew w żyłach iluzji. Na domiar złego los ich rozdzielił, rzucając Carla i Donnę na ziemie angielskie a pozostałych na teren Francji. Od tego momentu zaczęła się dla nich decydująca rozgrywka pełna czyhających zewsząd niebezpieczeństw średniowiecznego świata, stojącego na krawędzi wojny między wielkimi imperiami Francją i Anglią. Ian, Martin, Daniel i Jodie już na początku wędrówki po obcej ziemi stają się  ofiarami złośliwości i bestialstwa angielskiego szeryfa Jerome Derangale. Najbardziej naznaczony zostaje Ian, poddany niezawinionej karze przerażającej chłosty na oczach przyjaciół. Mimo bólu i zniewagi wykazuje się jednak bohaterstwem niczym średniowieczny rycerz, stając się od tej chwili przewodnikiem dla pozostałych, ucząc ich męstwa i honoru. Właśnie te dwie wartości będą się  przewijały przez kolejne karty powieści, poprzez obserwację postaci w najróżniejszych sytuacjach, wymagających często ogromnego poświęcenia, zdecydowania i postawienia wszystkiego na jedną kartę.  Z przyjemnością śledzi się losy Daniela, młodszego od Iana, ale równie zdeterminowanego w swoich działaniach. Na początku jawi się on jako zastraszony dzieciak, wpatrzony z drżeniem każde posuniecie przyjaciela. Stopniowo jednak dorasta do roli mężczyzny i rycerza, broniącego z godnością życia swoich bliskich.

Trzecim słowem kluczem w powieści jest miłość. Taka, która może góry przenosić i jest wieczna, cierpliwa, oddana. Ian spotyka tu Isabeau de  Montmayeur piękną kobietę z rodu będącego przedmiotem jego badań na studiach historycznych, wychowankę hrabiego Guillaume de Ponthieu, na dworze którego znaleźli schronienie. Między nimi rodzi się potężne uczucie, początkowo umiejętnie skrywane ze względu na zaistniałe okoliczności. Pani Randall z delikatnością przynależną kobiecie ukazuje rodząca się namiętność i powoli prowadzi zakochanych  w swoje ramiona.
   Bohaterowie walczą, obrastają w sławę, walczą za przybraną Ojczyznę nie szczędząc swojego zdrowia, kochają i pomagają sobie wzajemnie. Ale nawet na chwilę nie opuszcza ich pragnienie powrotu do domu, za wyjątkiem Iana i Donny, którzy odnaleźli tu swoje przeznaczenie i miejsce. Po długich poszukiwaniach sposobu na wyjście z gry znajdują rozwiązanie. Jednak i tu czeka ich kolejne cierpienie i sytuacja kiedy będą musieli dokonać najważniejszego wyboru. Ian zostaje śmiertelnie zraniony przez popleczników swojego angielskiego wroga i bez fachowej pomocy medycznej umrze. Jedynym wyjściem jest zabranie go ze sobą  do współczesności, co nie będzie przecież zgodne z jego wolą. Jakiego wyboru dokonają i co stanie się z Isabeau? Czy ona i Ian będą jeszcze kiedyś razem?
      Niezaprzeczalnym walorem książki jest ukazanie kolorytu lokalnego średniowiecznej rzeczywistości. Znajdujemy się w świecie rycerskich pojedynków, barwnych scen batalistycznych (bitwa pod Bouvines), zasadzek i intryg i dworskiej etykiety. Autorka fenomenalnie połączyła fikcję z historyczną prawdą, wplatając umiejętnie sceny i postaci wysnute z wyobraźni w konkretne realia. Dzięki takiej koncepcji mogła popuścić wodze fantazji i stworzyć barwną całość, zaskakującą ciekawymi rozwiązaniami.
   Warstwa stylistyczna jest równie porywająca jak fabuła, dzięki wartkiej akcji, pełnej niespodziewanych zwrotów i żywych dialogów. Na ponad 740 stronach tekstu nie ma miejsca na pustosłowie. Każde zdanie ma sens i znaczenie, a autorka niestrudzenie maluje słowem coraz to barwniejsze i ciekawsze obrazy. Co ważne, umiejętnie buduje napięcie, prowadząc powoli do punktu kulminacyjnego.
      Z Hyperversum można przeżyć niezapomnianą przygodę. Wielość stron nie przeraża bo czyta się szybko i z zainteresowaniem. Pani Randall wciągnęła swoich czytelników w fascynującą rozgrywkę, gdzie oprócz zabawy, szczypty historii  i humoru znajdziemy coś co pochłania bez reszty. Jest to krotka ale wyczerpującą lekcja  humanizmu w czystej postaci. I za tę niezwykłą mieszankę dobrej pozy autorce należą się niskie ukłony.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz