sobota, 9 lutego 2013

Cierpienia młodej Madame

AUTOR: Paula MclAIN
TYTUŁ: Madame Hemingway
WYDANWICTWO: Bukowy Las
ROK WYDANIA: 2011




    O Erneście Hemingwayu słyszałam niewiele. W szkole średniej a potem troszkę więcej na studiach. Stary człowiek i morze, lektura bardzo wciągająca, mocno filozoficzna i dająca do myślenia. Później powieść Komu bije dzwon, będąca zbeletryzowaną reminiscencją pisarza z czasów hiszpańskiej wojny domowej, kiedy to przyszło mu spełniać rolę korespondenta wojennego. Zarówno pierwszy jak i drugi tytuł niosą ze sobą ciekawe studium człowieka, rozważania na temat życia i śmierci, egzystencji.
    A jak jest w Madame Hemingway? Tutaj porusza się szczególnie temat uczuć i emocji człowieka, jego przeznaczenia i tego, co nim motywuje do podejmowania takich a nie innych decyzji. W epilogu żona Ernesta zaświadcza o powyższym stwierdzeniu jednym mocnym zdaniem: „Po jakimś czasie zaczynasz się zastanawiać, czy tego nie ma przypadkiem we krwi – mrocznego magnesu, który ciągnie może od samego początku - w tym właśnie kierunku”. O czym tu jest mowa, tego w żadnym razie nie zdradzę, ale jedno jest pewne, że bohaterka była absolutnie przekonana o prawdziwości swoich słów. Ale do rzeczy. O czym traktuje książka, w której tytule pojawia się sławne nazwisko, poprzedzone równie wytwornym słowem Madame? Zanim zaczęłam czytać zastanawiałam się, jak Paula McClain podejdzie do tematu, jak przedstawi fragment życia, czy nawet można pokusić się o stwierdzenie całość życia – bo znany początek i zakończenie – dwojga młodych zakochanych w sobie do szaleństwa ludzi. Fragment, bo to tylko kartki, pismo i pośredni przekaz osoby trzeciej, refleksja nad jakże delikatna materią – miłości. Najważniejsze jest jednak to, że historia oparta jest na faktach. Młody, utalentowany pisarz, wówczas 21-letni poznaje w Chicago równie młodą, choć starszą od siebie o 8 lat kobietę. Dla niego dojrzałą i przez to zapowiadającą się na silną opokę dla wrażliwego i kruchego artysty. O tak, Madame starła się walczyć o męża zawsze do końca i na przekór wszystkim , sobie, losowi. Nadwyrężała swoje kobiece serce, spalała się każdego dnia, wszystkiemu ufała i wierzyła, aż ta twarda opoka zaczęła powoli  kruszeć. Hadley nie dała jednak w żadnym razie zwyciężyć tej słabszej stronie charakteru, bo wiedziała, że musi dać komuś siłę i opiekę, że musi dać także sobie troszkę szczęścia. Ale czy rzeczywiście czuła się kobietą spełnioną? Być może. Rodzi się podczas lektury często żal i ból, że to nie tak być powinno, że to niesprawiedliwe. Bo jak być może, że ktoś cierpi z miłości, oddaje najlepszą cząstkę siebie, a druga strona zdaje się tego nie zauważać. I znów można zapytać, czy naprawdę nie zauważa? Być może. Niestety, to cała prawda o małżeństwie sławnego pisarza i zwykłej szarej kobiety, historia ich burzliwej miłości, która jak się okazuje miała moc wynieść ich na szczyt ziemskich pragnień, a potem przemielić. Bo jak się okazało, skutki zdrad, egoizmu, słabości charakteru Ernesta dotknęły także i jego. Jednak to już jest pointa, a tych się nie zdradza.
Co oprócz miłości? Życie paryskie lat 20-tych, powojenne, często trudne i nie przewidujące. Jedni opływają w majątki, inni klepią przysłowiową biedę, jak nasza para bohaterów, zawsze w pogoni za pieniądzem. To także światek cyganerii artystycznej, kawiarni literackich, zakrapianych alkoholem pogawędek, rozpusty, zdrad i ogólnie relatywizowany na wszelkie sposoby. Tam znajdują się nagle oni – Fadley, skromna, wierna i prosta kobieta marząca jedynie o cichym życiu i mocnym uczuciu, oraz on dopiero wkraczający w świat artystycznych obyczajowy, pisarz. Ona nie daje rady, on odwrotnie, czerpie pożywki z codzienności, spotkań, miłostek. Umiera dla siebie i dla żony, aby oddać się w całości Literze, chce pisać i spala się dla tego. Ona się gubi, on pewnie też, choć o tym nie wie, i brnie dalej i dalej. 
W tle ich wewnętrznych zmagań ze sobą wzajemnie i ze światem pojawiają się ludzie znani, jak James Joyce, Gertruda Stein i jej towarzyszka Alicja, Scott i Zelda Fitzgerald, Ezra Pound etc. Za związują się przyjaźnie, wybuchają skandale. Życie wre, mieni kolorami. W międzyczasie śledzimy wyjazdy Hemingwaya i Hadley do Hiszpanii na corridę (ulubione zajęcie pisarza oprócz boksu), na narty do Schruns. I skradającą się między wierszami gorzką prawdę, że ukochany Hem dopuścił się zdrady. Pierwsze konfrontacje zdruzgotanej żony ze sobą samą, później z Pauline, kochanką męża i próby ratowania siebie i małżeństwa. Rozpaczliwe wołanie o szczęście zgubione gdzieś na uliczkach Paryża, i rozpaczliwe okłamywanie siebie. No a później decyzja madame i epilog, rozbrajający, bez dwóch zdań.

    Czytając recenzje czytelników na różnych portalach internetowych spotkałam się m.in. z taką opinią, że książka jest zwykłym romansidłem. Absolutnie z tym się nie zgodzę. Taki był zamysł autorki aby przedstawić historię miłości, ale nie ukazała jej w sposób sentymentalny czy infantylny. Wręcz przeciwnie. Trudno przewidzieć rozwój sytuacji, posunięcia bohatera, jego decyzje. Książka trzyma mocno w napięciu, do końca. Popieram z kolei zdanie tych, co twierdzą, że brakuje tutaj troszeczkę całej tej otoczki obyczajowo-kulturalnej z tamtych lat. Owszem, mogłoby być ciut więcej kolorytu lokalnego, informacji o życiu cyganerii artystycznej etc., ale nie jest to rzecz rażąca. To co przygotowała Paula McLain wystarczyło mi aby zauroczyć się Madame Hemingway na dobre. Lektura bardzo przyjemna i wciągająca, aż nie chciało się kończyć. No i epilog. Niesie ze sobą dużo emocji, zaskakuje i skłania do głębszej refleksji.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz