wtorek, 20 maja 2014

W poszukiwaniu sensu



O Tomku Michniewiczu dowiedziałam się całkiem przypadkowo i zapewne gdybym wtedy o nim nie usłyszała, to pewnie nie przeczytałabym książki, o której teraz tak głośno. Co najlepsze, nie czytałam też literatury z cyklu „podróżnicza”, choć mam już na półce kilka nowych tytułów. Wolałam literaturę faktu, jakieś dobre reportaże, zawierające w sobie cenne wiadomości zdobyte przez autora często osobiście, informacje o kulturze i ludziach żyjących gdzieś tam na drugim końcu świata. Po lekturze opowieści Michniewicza muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona, nie tylko tym czym dzieli się autor, ale przede wszystkim ze sposobu, jakim tę wiedzę przekazuje.
  Kompozycja książki jest trójdzielna. Podzielona na trzy części-wyprawy z bliskimi sercu Tomka osobami. Pierwsza z nich to podróż do Centralnej Afryki z Marcinem, przyjacielem pracującym w dziale księgowości, wykonującym codziennie od kilku lat te same czynności – wertowanie stosów papierów, liczenie itd. Kiedyś marzył o innym ciekawym życiu, aby coś zrobić wyjątkowego, spełniać siebie w inny ciekawszy sposób. Po jednej z wypraw wrócił jednak do dawnej pracy a teraz po namowach Tomka jedzie tam, gdzie wielu nie odważyłoby się nigdy postawić stopy – Etiopia, Kamerun,… Podczas wyprawy niewiele mówił o swoich przeżyciach, z natury małomówny, skryty, nie afiszował się ze swoimi emocjami, wszystko, przyjmował takim, jakim było. We wnętrzu zapewne analizował, ważył, mierzył się ze sobą. Kiedy trafił do serca dżungli, gorącej, nieprzewidywalnej, często mrożącej krew w żyłach na początku doznał lekkiego przerażenia czy może też niedowierzania, że tak można żyć. Chronił jak mógł swoje buty aby ich nie zamoczyć, po czym za parę dni decydował się na brodzenie w błocie do kolan, oszczędzał koszulę, aby za chwilę czuć na niej ciężar dżungli. Twarde warunki życia pigmejów, ale i ich sposób bycia, kultura, obyczaje, mogły zdołować, bez dwóch zdań. To ludzie dzicy, choć cywilizacja wielkimi krokami coraz bardziej wchodziła na ich teren, wierzący w gusła, nie umiejący okazać wdzięczności za wyświadczone im dobro. Dajesz coś dostajesz w zamian coś innego. I tyle. Żadnych emocji. Byle mieć co jeść i gdzie spać. Liczy się „tu i teraz” jutro zupełnie nie istnieje.
   Rzucony w „czarną otchłań” gdzieś na pograniczu kongijsko-kameruńskim, pełną łypiących nieufnie czarnych oczu i płaczących dzieciaków na widok białych wielkoludów, Marcin podejmuje jedne z ważniejszych decyzji w swoim życiu. Czy ta wyprawa zmieni jego codzienność? Czy zmieni jego samego?
  A jaki wpływ będzie miała na Mariannę podróż do kraju Saudyjczyków? Tym razem z Tomkiem jedzie jego żona. Kobieta zamężna, ale tak naprawdę jak sama przyznaje, samotna. Bo zawsze czeka na przyjazd męża i liczy te krótkie chwile, w których mogą być razem. Postawiła na jedną kartę – chce jechać tam, gdzie Tomek chciał pojechać sam. Jaka decyzja? Po wymianie kilku zdań, w których mąż stara się wybić jej z głowy ten pomysł, zgadza się. Kierunek - Arabia Saudyjska. Marianna od momentu wyjścia z samolotu, od postawienia pierwszych kroków na lotnisku, jest mocno zdezorientowana. Kolejne godziny przynoszą jeszcze większe emocje i niepewność. A w końcu zgodę, ale taką nie do końca, połowiczną. Saudyjki muszą chodzić w abajach, szczelnie zatykających twarz, nie mogą jeździć samochodami, aby mężowie mieli nad nimi większą kontrolę i żeby zawsze były w domu. Małżeństwa zazwyczaj były aranżowane, bo niby jak się miały poznać pary, kiedy zabronione było przebywanie kobiet i mężczyzn razem, jeżeli nie byli w prawowitym związku, jeżeli instytucje, kluby, kawiarnie miały prawie zawsze wydzielone dwie części, dla jednych i dla drugich. Mariannę to wszystko szokowało, ale najbardziej chyba to, że żaden taksówkarz czy inny napotkany mężczyzna nie okazywał jej zainteresowania kiedy byłą w towarzystwie męża. Totalna ignorancja. Brak chociaż jednego słowa przywitania, uprzejmości. Z każdym jednak dniem przyzwyczajała się po trochu do tej surowości i obyczajowości arabskiej. Zaczynała rozumieć po co i dlaczego i że to wszystko ma jakiś głębszy sens. Podczas tej wyprawy parę razy między Tomkiem a żoną dochodzi do ważnej rozmowy – co dalej? Ale nie tu w Arabii, tylko co dalej w ich wspólnym życiu? Pojawiają się pytania o możliwość pogodzenia życia podróżnika z rolą przyszłego ojca. Czy da się to w ogóle pogodzić? Takim przemyśleniom zdaje się sprzyjać kultura kraju, gdzie rodzina to wartość pierwszorzędna. Dalej nie ma długo, długo nic. A potem? Co jest tu jeszcze ważne?
  Trzecia historia, dla mnie zdecydowanie najlepsza, związana jest z ojcem Tomka. Człowiek kochający bluesa i jazz, który gra równie dobrze jak niejeden czarny, jedzie do serca tych rytmów – Nowego Orleanu – królestwa jazzu oraz na północ, gdzie ziemia pęka od słońca i rozciągają się bawełniane pola – królestwa bluesa. Tu ma możliwość poznać setki miejsc muzycznego „kultu”, knajp z których dzień i noc sączą się ukochane, kołyszące myśli dźwięki. Tu gdzie rodziła się właśnie ta muzyka, w bólu fizycznym i psychicznym cierpieniu czarnych niewolników. Grali, aby mogli przeżyć kolejny dzień, wyrazić siebie i swoje pragnienie wolności.
  Trzecia opowieść oprócz ciekawych historii związanych z miastem, peryferiami i ludźmi tworzącymi ich legendę, urzekła mnie także czymś innym. W tych kilkudziesięciu dniach pobytu z dala od domu, w codziennych przygodach i rozmowach konfrontuje się ojciec i syn – dwie indywidualności, dwa różne sposoby postrzegania świata. Coś, co dla Tomka jest naturalne i całym życiem, dla ojca jest niezrozumiałe i pełne sprzeczności. Syn za wszelką cenę chce coś udowodnić i pokazać, walczy o serce człowieka, którego kocha. Szuka wszelkimi sposobami momentu , w którym będzie mógł dotrzeć do niego, przekazać swój sposób odczuwania. Pragnie, aby ojciec zmienił się w te kilka dni, przewartościował jakieś decyzje, plany… Podczas całej wyprawy odczuwa się te zgrzyty, punkty styczne, duże emocje, które w żaden sposób nie mogą się tak na prawdę na dłużej ze sobą zazębić. Jednak w tym narastającym napięciu pojawiają się przebłyski, sytuacje, w których spotykają się ze sobą jako ludzie bardzo sobie bliscy, bo złączeni więzami krwi i tym czymś, co wpływa na ich podobieństwo. Co będzie kropką nad ”i”, jak się sfinalizuje podróż dwóch mężczyzn do Nowego Orleanu, do miejsca gdzie Michniewicz senior miał przeżyć coś niesamowitego. I jaką lekcję wyniosą obaj z tej wyprawy?
  Dawno nie czytałam książki, której lektura mnie tak mocno zafascynowała. To ciekawość sprawiała, że kartek tak szybko ubywało, że chciało się jak najszybciej poznać dalszą cześć historii. Mocniejszemu zaangażowaniu w lekturę, sprzyja także forma przekazu treści. Nie jest to nudne, historyczne podejście do tematu z poświęceniem jednemu zagadnieniu mnóstwa stron, ale zwięzłe, konkretne, ciekawe. W pigułce otrzymujemy najważniejsze informacje dotyczące danej kultury, tradycji, fragmenty historii i wyimki z życia obecnego, a w to wszystko wplecione odczucia, emocje, dialogi i obserwacje konkretnego człowieka. Autor stara się przekazać prawdę o danym miejscu, nie taką jaką podają siejące sensacje media, że np. muzułmanie to samo zło, religijni fanatycy itd. Michniewicz sięga dalej, mówiąc o tym, czego zwykły człowiek nie mający styczności z daną kulturą po prostu nie wie. Nie ma np. świadomości tego, że dla większości Saudyjek zależność od mężczyzny jest błogosławieństwem, że rodzina jest ich celem życia a nie ich osobiste szczęście i pseudo wolność, czy to że zasłanianie swoich wdzięków przed obcymi mężczyznami jest oznaką szacunku dla nich. Takie perełki raz po raz pojawiają się we wszystkich historiach, rozbijając schematy myślenia o ludziach, których przecież zupełnie nie znamy. Jednym słowem warto mieć tę książkę na półce. To nie tylko garść przydatnej, przedstawionej w sposób przystępny wiedzy, ale i spora dawka refleksji nad drugim człowiekiem, kulturą innych. Egzystencjalne pytania o sens życia spotkanych na drodze ludzi i o to, na ile ja ich rozumiem i czy mam prawo myśleć o nich na swój sposób. To także pytania o granice, do których Europejczyk może się zbliżać, niosąc w jego mniemaniu dobro i pomoc dla Afrykańczyków. No i przede wszystkim dywagacje Tomka i bliskich mu osób na temat własnego życia, rodzące się w zderzeniu z innym, obcym światem. Każdy po zapoznaniu się z przedstawionymi w książce historiami będzie mógł zapytać sam siebie, czy idzie swoją drogą i czy innym nie narzuca swojego punktu widzenia. Co będzie w jego życiu tą najważniejszą podróżą – czy daleka droga za granicę swojego miasta a może długa droga wgłęb siebie? Pytań zapewne narodzi się więcej, ale to już tak swoją drogą, bardzo indywidualna sprawa.

Recenzja zamieszczona wcześniej na stronie Papierowe Myśli

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz