środa, 26 listopada 2014

Matematyczna układanka



 AUTOR: Marek Krajewski
 TYTUŁ: Władca Liczb
 WYDAWNICTWO: Znak
 ROK WYDANIA: 2014


Władca liczb jest moją pierwszą książką autorstwa Marka Krajewskiego, dlatego też nie mam punktu odniesienia do poprzednich powieści nakreślonych piórem tegoż autora. Ci którzy je znają, mogą dać bardziej precyzyjną ocenę jeśli chodzi o novum dotyczące fabularnego świata, intrygi, pointy, natomiast ocena ze strony osoby takiej jak ja, może opierać się tylko na tym jednostkowym tytule. Może to i lepiej bo niektórzy stwierdzają, że to już było i nic nowego nie stało się ich udziałem. Było nie było, dla mnie ten kryminał  jest bardzo dobrą lekturą, zachwycającą oryginalnym stylem, dobrym konceptem i efektownym zakończeniem. I chociaż nie przepadam za tego typu literaturą, o tej książce mogę powiedzieć, że jest wyjątkowo udana.

Mamy rok 1956. Siedemdziesięcioletni już detektyw Edward Popielski wciąż aktywnie działa w malowniczym światku Wrocławia, rozwikłując kolejną, trudną sprawę zleconą mu przez hrabię Władysława Zaranka. Otóż zagadka jest wyjątkowa bo ociera się o magię, demonologię i tym podobne kwestie, które zagorzałemu przecież racjonaliście Popielskiemu, spędzają sen z powiek. Sprawa jest jasna  -, jeśli udowodni chorobę psychiczną Eugeniusza Zaranka,  brata swojego zleceniodawcy, ten drugi otrzyma ogromny spadek po wuju. A sam wykonawca zadania zostanie obficie nagrodzony.  Ale nie jest to główny asumpt do działania Edwarda. On chce przede wszystkim położyć kres historii władcy liczb - Belmisparowi, obdarowywanemu przez kolejnych trzech samobójców ofiarą ze swoich ciał, ze swojego życia. Demon działa wtedy, kiedy rachunek matematyczny np.  danego dnia, godziny układa się w ciągi parzyste i nieparzyste naprzemiennie. Zadanie zdaje się przerastać wyobraźnię i moc sprawczą detektywa, dlatego po jakimś czasie sam zadaje sobie pytania, co do prawdy zawartej w historii spisanej przez Eugeniusza,  postrzeganego przecież przez brata  za osobę niezrównoważoną psychicznie.  Jednak nie jest to pewnikiem i dlatego wszystko bardzo może się pokomplikować. I tak też się dzieje.
 Oprócz sprawy związanej z matematycznym szaleńcem Popielski trafia, nie bez pomocy swojej kuzynki Leokadii, na trop wróżki, jej córeczki i asystenta, którzy mogą mieć jakiś związek z całą sprawą. Sytuacja zaognia się a mroczne siły zdają się ujawniać ze wzmożoną siłą. Trzeba działać szybko, aby kogoś uratować. Myśleć sprawnie i szybko wiązać fakty, aby niczego nie przeoczyć. W finalnym momencie atmosfera robi się naprawdę mocno gorąca.

Jak już wcześniej wspomniałam autor ma bardzo dobry styl i dlatego czyta się z ciekawością każdą stronę. Nie ma miejsc pustych i gołosłowia. Fabuła zgrabnie zorganizowana, pełna dobrych zwrotów akcji, która szybko się toczy. Ciekawym zabiegiem (tak jak podobno u Krajewskiego bywa) jest klamra kompozycyjna, zamykająca historię w jedną zgrabną całość. I pointa. Zazębiająca się z tym, co czyta się na początku, będąca dopełnieniem ciekawego „prologu”. Kiedy wydaje się, że nic z tego, poszukiwania i zamierzenia poszły na marne, pojawia się niczym Deus ech Machina ktoś kto zapala światło w mroku niedomówień, piętrzących się pytań.
Władca liczb może zawładnąć na czas lektury wyobraźnią. Wywołać wiele wrażeń i emocji. Matematyczna zagadka, bestia rządna liczb i ofiary, no i zawiązany w tę sprawę Popielski, próbujący ją w sposób finezyjny rozwiązać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz