środa, 17 lutego 2016

W drodze do siebie



Opowiadanie napisane w ramach konkursu związanego z książką Renaty Kosin "Sekret zegarmistrza" wydawnictwa Znak.


Jeszcze tylko chwila i skończy się ta nudna Msza....Znowu to samo, to samo, to samo i te fałszujące panie roszczące sobie niezaprzeczalne prawo do bycia przewodnikami każdej religijnej uroczystości...Takie myśli kłębiły się w głowie Julki coraz częściej, co zatrważało ją, bo przecież jeszcze dwa lata temu wiara dawała jej mnóstwo siły i nadziei. Później spotkały ją jednak trudne wydarzenia, o które oskarżała Boga, obrażając się na Niego wielokrotnie. Jednak i ta forma spotkania powoli wygasała. Kościół stał się tylko instytucją, miejscem gdzie trzeba być, bo wypada i jakoś już tak z przyzwyczajenia, same nogi niosły ją w stronę świątyni. Bo tam kiedyś było dla Julki wiele miejsca. Teraz w ogóle go tam nie miała.
Kiedy uroczystość dobiegała końca Julka zakładała powoli czapkę, rękawiczki, szalik...i nagle jej uwagę zwróciło coś małego i błyszczącego, leżącego blisko prawego buta. Poruszyła delikatnie stopą, w jedną i drugą stronę, i w końcu podniosła to małe coś, po czym schowała do kieszeni. Przez ostatnie minuty Mszy ściskała w spoconej dłoni mały przedmiot, starając się zbadać jego powierzchnię, każde zagłębienie. Był śliski i doskonale układał się w dłoni. Pewnie jakiś zegarek zabytkowy, albo medalion z czyimś zdjęciem...- pomyślała. Tylko do kogo on należy. No nic, zobaczę przy świetle dziennym, zorientuje się co i jak i odniosę do zakrystii, pewnie ktoś zgubił i nie jest z tego powodu szczególnie szczęśliwy..
Ledwie skończyło się nabożeństwo wybiegła z kościoła i szybkim krokiem ruszyła do swojej ulubionej kawiarni. Tu czuła się zawsze jak u siebie. Każdy stolik odgrodzony parawanem z artystycznym barwnym wzorem w stylu boho, z małą lampką i bukietem świeżych kwiatów. Zamówiła małą latte, ciastko i wyjęła z kieszeni swój nowy nabytek - quasi zegarek. Ale piękny... - wyszeptała. Obejrzała się mimowolnie za sobie sprawdzając czy oby nikt nie zauważył. Jeszcze posądzą mnie, że ukradłam – pomyślała, dalej zagłębiając się w rozmyślania nad tym, co ją dzisiaj spotkało. Po otwarciu wieczka jej oczom ukazała się złota tarcza i srebrne wskazówki. Blask był tak wielki, że musiała przymknąć oczy oślepione nadmiarem światła. Ale było jeszcze coś. Brzeżek zielonej karteczki wystawał spod tarczy zegarka, na co zwróciła uwagę Julka i postanowiła po krótkim namyśle zobaczyć czy jest tam coś napisane. Delikatnie pociągnęła za róg papieru i ku swojemu zdumieniu jej oczom ukazał się widok dwóch nakreślonych grubą stalówką pióra literom – alfa i omega. Hehe – zaśmiała się dziewczyna. Pewnie należał on do jakiegoś księdza albo siostry zakonnej, albo ma związek z jakąś arcyciekawą kościelną historią sprzed wielu lat. Ale numer. Może dostanę nagrodę zza znaleźne... A może warty on jest miliony – snuła domysły. No nic, zobaczymy. Skosztowała jeszcze łyk dość chłodnej już kawy i zaczęła rozkoszować swoje podniebienie cudowną szarlotką. Kiedy była w stanie słodkiego upojenia, zaczęła odczuwać pulsowanie w lewej skroni. Rzadko miewa bóle głowy, więc jej zdziwienie było tym większe. Ładny dzień, zero stresu, jest wyspana, zdrowa.... a ból się wzmagał. Pocierając drżącymi palcami skroń sięgnęła do torebki po tabletkę i więcej już nic nie pamiętała.

Później nie pamiętała, bo teraz jej dłoń wsunięta do lnianego woreczka wypełnionego pokrojonym na grube pajdy chlebem, łowiła smakowite, pachnące kromki. Obok, na kamieniu, stało naczynie ze słodkim sosem, służącym do zanurzania w nim chleba. Mmm... ale pyszności i ten upalny słoneczny dzień – myślała rozmarzona Julka. Siedząc na murku niespiesznie machała nogami, co sprawiało, że z jej sandałów wysypywał się raz po raz złoty piasek. Kobiety kręciły się wokół żwawo, bo zbliżała się pora obiadowa, a mężczyźni podążali do synagogi na modlitwy. I wtedy nagle znów poczuła dotkliwe pulsowanie w skroni. - Oj....Boże....przecież....i po jej policzku popłynęły dwie ciężkie łzy. Gdzie jestem? Przecież to nie moje ubranie, jakiś lniany worek z przepaską i chusta na głowie. Julka spokojnie – mówiła do siebie, To tylko sen, sen, zaraz się obudzę. Hehe, ale będę jutro opowiadać znajomym a mama to w ogóle nie uwierzy, a ja może nawet opowiadanie napiszę? – rozważała. Z zamyślenia wyrwało ją nagłe szarpniecie za ramię - Talitha, talitha! Julka wolno obejrzała się przez ramię i ze zdumienia szeroko otworzyła oczy. Jej twarz odbijała się w źrenicach jakiegoś śniadego mężczyzny, który coraz uporczywiej wpatrywał się w jej twarz. - I co ja mu powiem, przecież nie znam jego języka. Nie rozumiem Ciebie. Kim jesteś, zostaw mnie w spokoju! Co to w ogóle znaczy? Czy ja zwariowałam doszczętnie? A mówiła mi mama, że za dużo czytam fantastyki, a może... postradałam zmysły.... - Chodź, powiedział. Zjesz z nami kolację, przecież dziś święto paschy a ty tu sama siedzisz. Czy masz rodzinę, zgubiłaś się, nie jesteś tutejsza? Chyba... Mężczyzna mówił do niej w swoim ojczystym języku a ona nic nie rozumiała ale wiedząc, że ponagla ją do pójścia za nim, wstała ociągając się i poszła.
Weszli do niskiej izby. Kiedy tylko otworzyły się drzwi zmysł węchu dziewczyny raczył się nieziemskim zapachem. – Ależ jestem głodna, Opatrzność czuwa nade mną, chociaż tyle...Albo aż tyle – westchnęła Julka i podeszła do stołu za gestem gospodyni. Kobieta w niebieskiej długiej sukni z biała chusteczką na głowie, zastygła w bezruchu z szerokim uśmiechem na ustach. A wieczerza zapowiadała się bardzo bogato dla żołądka - upieczony baranek w aromatycznych ziołach, przaśny chleb, wino i maca oraz smażona soczewica z aromatycznym sosem. Obok matki i 0ojca siedział mały chłopiec o czarnych oczach i śniadej twarzyczce wpatrzony w dymiące jeszcze potrawy. Pan domu odczytał Hegadę, później opowiadał o obrzędach paschy a na końcu wspólnie odmówili hellelu. Dziewczynie nie zadawano więcej pytań, oprócz kilku grzecznościowym, na które chętnie odpowiedziała. Po sutym posiłku spędzonym w arcy miłym towarzystwie wyszła na zewnątrz aby zorientować się i zasięgnąć języka, co dalej? Po godzinie bezowocnej wędrówki zdała sobie sprawę, że naprawdę to nie sen, ale co to jest, tego zupełnie nie wiedziała. Julka zaczęła szlochać a później płakać coraz mocniej. Siadła pod drzewem figowym, rozwinęła zawiniątko podarowane jej przez panią domu. – I co ja teraz zrobię? Zaprawdę dziwna sytuacja a ja nie mam ani mojej komórki ani tabletu, wszystko gdzieś ...przepadło. Po chwili uśmiechnęła się do swoich myśli, bo na co by się jej przydały takie gadżety w takim miejscu. Wszędzie pełno ludzi ubranych w długie tuniki, sandały, śpiewy pasterzy, beczenie owiec, unoszące się dźwięczne odgłosy śpiewu i modlitwy. - Wszystko to się po prostu dzieje – myśli dziewczyna i zapada w coraz głębsze refleksje aż nagle przez tę grubą zasłonę myśli przebija się ledwie słyszalny szept. - Talitha kum, talitha... wiem, niemal krzyknęła Julka, dziewczynko wstań! Gdzieś to słyszałam...czytałam...no jasne na lekcji religii dawno temu w szkole. Ale przecież ja żyję, tamta dziewczynka z Ewangelii była wyrwana ze śmierci przez Jezusa. - Wstań, wstań.,...Talitha kum! - Usłyszała tuż przy swoim uchu. - Ale ciepły i spokojny głos – pomyślała Julka i powoli zaczęła się odwracać za siebie. Kątem oka zobaczyła część śnieżnobiałej szaty, później usta i oczy. - Boże... co za oczy. Nie widziałam nigdy tak dobrego spojrzenia...Jezu, to Ty? Eee, kolejna fatamorgana. Ale mężczyzna patrzył wciąż w oczy dziewczyny i lekko się uśmiechał. Po dłuższym milczeniu zmieszanym z narastającym lękiem i niedowierzaniem Julka zapytała - Jak to możliwe, że mnie znalazłeś.- Talithaa Kum – powtórzył i podał jej swoją ciepłą ale mocną dłoń. Kiedy już całe napięcie i emocje spłynęły po jej twarzy, zgarnęła mokre włosy z policzka i popatrzyła za siebie jeszcze raz. Tak, On tam stał i patrzył czule na nią. Wzrok utkwił dokładnie w jej oczach i badał jej serce. To boli – wyszeptała. I daje radość – dodała. - Weź to – Jezus podał jej kartkę zwiniętą na cztery i odszedł. - I pamiętaj, chcę Cię znowu stracić. Kiedy Jezus odszedł dziewczyna wstała i niespiesznie ruszyła w nieznanym sobie kierunku. W stronę zagajnika oliwnego z dziwnym uczuciem goszczącym w jej sercu. Wszystko się w jej życiu przewartościowało, to co tak skrzętnie budowała przez wiele wiele lat runęło. Pogrążona w myślach dotarła nad sadzawkę Betseda, gdzie kłębił się zniecierpliwiony tłum chorych ludzi. Był tam też Jezus i przyglądał się bacznie jednemu z cierpiących. Po chwili zapytał go czy chce być uzdrowiony a później wszystko potoczyło się tak jak w Ewangelicznym zapisie. – Nie możliwe – szepnęła Julka. - Czy to się dzieje, działo czy dzieje wciąż od nowa? – Julka nie może uwierzyć, w to co widzi. A potem jeszcze bardziej jest zdumiona gdy chromy podnosi się na słowa Jezusa aby wziął swoje łoże i wstał.
Zmęczona doświadczeniami dnia ale pełna wiary odeszła na bok aby odpocząć od nadmiaru wrażeń i ledwie skłoniła twarz do chłodnego kamienia, usłyszała znów męski głos. Dziewczynko, chcesz wody? I jeszcze Jakaś blada jesteś i taka...dziwna.  - Eh a Ty kto? Nie wiem co do mnie mówisz...przepraszam...– odpowiedziała dziewczyna. - Szymon jestem, syn Jony – mężczyzna nie dawał za wygraną. Czy ty tak sama chodzisz cały dzień? Masz co jeść, pić? – Julka nie rozumiała, ale po jego gestach poznała, że to kolejna osoba która chce jej pomóc. - Proszę – apostoł wyjął zza pasa ciężki skórzany bukłak i przystawił do jej ust. – Dzięki – odparła. Szymon uśmiechnął się na to dziwne słowo, jakie usłyszał z jej ust. Ona natomiast domyślała się kim on jest po tym jak się przedstawił. Jego imię brzmiało znajomo – Szymon, Kefas...jakoś tak. Przeszedł ją dreszcz. – Boże, z kim ja się dzisiaj spotykam – westchnęła. Później zasnęła, nawet nie wiedziała kiedy. Po przebudzeniu, okazało się że spała w jakiejś gospodzie na twardym niewygodnym posłaniu. Obok stał dzban mleka, miód orzechy i jakieś zioła. Była też jej ulubiona maca. Posmarowała ją grubą warstwą miodu, rozkruszyła orzechy i jadła. Po sutym posiłku posłała łóżko, zabrała swoje lniane zawiniątko wypełnione migdałami i wyszła na zewnątrz. Było słonecznie i mocno ciepło. Dzieciaki piszczały, ganiając się po dziedzińcu a cudowny zapach smażonej ryby drażnił niepojąco zmysł powonienia. Julka usiadła pod drzewem obserwując bacznie otoczenie, gdy nagle do jej uszu dobiegły strzępy urwanych zdań, jakieś nerwowe rozmowy. Jezus, oskarżony Sanhedryn, Piłat. - O Boże... zerwała się jak oparzona. - To niemożliwe. Nie zniosę! Kolejno biblijne obrazki wydarzały się w jej obecności, bez żadnej chronologii i związku z wcześniejszymi wydarzeniami. Po prostu kolejne wydarzenia dotykały najpierw jej oczu potem serca. Nie chcę. Jak się okazało za niedługi czas była to szczera prawda. Teraz jednak była to sytuacja ponad jej siły. Tak jej się bynajmniej wydawało. Za kilka dni dziewczyna faktycznie stała w skandującym tłumie gapiów, oglądała nienawistne spojrzenia, wykrzywione w pogardzie usta. Kiedy przechodził Jezus, ugięty pod brzemieniem krzyża zapłakała. Wtedy poczuła nieodpartą chęć przeczytania listu, jaki owego dnia wsunął jej w ręce. Powoli rozłożyła sfatygowaną już mocno kartkę - „«Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię» (Jr 1,5). Jeszcze mocniej zapłakała i spojrzała w Jego stronę. Szedł i niósł ją na ramionach, tak, właśnie tak czuła, że to się dzieje tu i teraz. Odwróciła się i zaczęła biec przed siebie, nie zwracając uwagi, że rani stopy o wystające korzenie i kamienie z suchej ziemi. Zatrzymała się dopiero przy jakiejś studni i zaczęła usilnie modlić. - Wybacz mi Boże, że zgrzeszyłam kiedykolwiek przeciwko Tobie. Teraz naprawdę czuję Cię i nie chcę być więcej sama. Teraz czuję to wszystko o czym czytałam całą sobą. Julka zasnęła z wyczerpania a kiedy się obudziła było już po wszystkim. Była przy pustym grobie. Były tam też trzy Marie. Julka przysiadła w cieniu rozłożystego drzewa i dumała. Czuła niesamowity spokój i miłość. Lekkie podmuchy wiatru muskały lekko jej skroń, włosy. Pachniało kadzidłem i ...świeżością. Tak jakby rosło tu tysiące kwiatów o mocnej woni. Błogość i tyle. Czuła także obecność Jezusa. Wiedziała, że On tu jest i patrzy na nią. Staąd ten spokój. Wszyscy w roztargnieniu biegali, szukali Pana o a ona siedziała zapatrzona w ziejącą pustką dziurę po odsuniętym głazie, milczała. – Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś, Jezu? Czym sobie na to zasłużyłam? Sięgnęła do przywiązanej do tuniki torebki, aby posilić się ostatnimi już oliwkami. Rozgryzła jedną, drugą, poczuła cierpki smak, a później... czuła tylko pulsujący ból w skroniach, i nic więcej nie pamiętała. Tarła mocniej i mocniej, nie rozumiejąc co się stało. Rękę miała w torebce, ale sama nie wiedziała czego w niej szuka. - To był sen. Albo nie sen. To była rzeczywistość, albo fikcja wykreowana przez mnie pod wpływem czegoś...tylko czego? Nieważne. Wybiegła z kawiarni weszła do kościoła. Przed tabernakulum czuła się tak jak dawniej a nawet o niebo lepiej. Smugi światła pełzające wokół czerwonej lampki odbijały się w jej oczach. Sięgnęła do kieszeni, aby wyjąć z niej znaleziony zegarek i przez chwile zastanawiała się co z nim zrobić. Wstała i poszła w to miejsce gdzie go znalazła. Niech tu zostanie. Może jeszcze komuś się przyda. Jeszcze raz uklękła i tym razem sięgnęła do drugiej kieszeni. Wyjęła drżącymi palcami sfatygowaną kartkę, przeczytała szeptem: - „«Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię» (Jr 1,5). Oczy zapiekły od wstrzymywanych łez. - To nie mogło się zdarzyć... a jednak – powiedziała. Kapłan, który kończył swój dyżur w konfesjonale patrzył w milczeniu na Julkę, chciał o coś zapytać, ale w końcu nie odezwał się nic. Przeszedł obok dziewczyny a ona poczuła się tak jak tam, przy pustym grobie Jezusa. Szelest szaty księdza i jego równe, niespieszne kroki wywołały podobne odczucia. Pokój i poczucie szczęścia. Nagle ksiądz Daniel zatrzymał się i z niedowierzaniem spojrzał na posadzkę. Uradowany podniósł zegarek, otrzepał dla pewności z niewidzialnych pyłków i popatrzył w niebo. Tym razem Julka patrzyła w niego, jak w obrazek. – chyba przyniosłaś mi szczęście młoda damo – mówił uśmiechnięty kapłan. –Szukaliśmy tego skarbu przez cały dzień i nic a teraz leży sobie i czeka aż go podniosę. Wiesz, przyniósł go nam pewien starszy człowiek. Powiedział, że zegarek pochodzi z XIX w. i został odnaleziony w jednej z kościelnych piwnic. Tutaj, w Krakowie. - Rodzina staruszka dbała o przedmiot jak o najcenniejszy skarb i przekazywano kolejnym członkom rodziny. Zabierano go na pielgrzymki do ziemi świętej, czczono jak cenną relikwię. Kiedy go odnaleziono za wieczkiem była kartka z fragmentem z Pisma Świętego. Było tam napisane: Talitha kum. Później, każdy kto go posiadał, wkładał swój cytat i przekazywał młodszemu członkowi rodziny. Teraz zegarek leży u nas w zakrystii i będzie złożony przy obrazie Najświętszej Maryi Panny, jako wotum, przekazane właśnie od tego pana. Dlatego rozumiesz już, że widok zegarka sprawił mi tak ogromną radość? Ciekawa dosyć tradycja, prawda? Julka słuchała tego wszystkiego z wypiekami na twarzy. Wiedziała, że coś w jej życiu się wydarzyło, co zmieniło je już na zawsze. Nie wiedziała tylko, jak to sobie poukładać i wytłumaczyć. – Tak proszę księdza – odparła. To rzeczywiście frapująca historia. Muszę iść, Szczęść Boże!. I wybiegła z kościoła. Kiedy schyliła się aby zawiązać sznurówkę, usłyszała męski mocny i zarazem delikatny głos: Dziewczynko wstań...a po chwili dodał, - jest ciemno i niebezpiecznie tak samej spacerować, jeszcze wezmą Cię za żebraczkę albo po prostu nie zauważysz czegoś dobrego? Albo może po prostu chcę spojrzeć na Ciebie. Julka zdrętwiała. Mężczyzna miał na sobie luźne jasne jeansy, niebieską wiatrówkę i czarną czapkę budrysówkę. Jego śniada twarz i filuterne dobre spojrzenie czekoladowych oczu wprawiało w stan błogości. – Powiedz mi jeszcze, że jesteś Jezusem i szukałeś mnie. Mężczyzna roześmiał się serdecznie – A to ci dopiero dziewczyna ma wyobraźnię. Ale kto wie, kto wie... Dobrej nocy – powiedział cicho i odszedł w stronę parku. Julka jeszcze długo śledziła jego postać, dopóki nie wszedł w strefę cienia i nie było go zupełnie widać. – Lepiej już pójdę do domu, muszę się teraz porządnie wyspać i odnaleźć. Muszę to wszystko poukładać.
A.N.
Anna Nogaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz