Wiersze

Przejść granicę poznania



mogłabym teraz być na przykład
w poznaniu jeździć tramwajem od
punktu a do punktu b i mieć wszystko
gdzieś tam w oddali działyby się
sytuacje w których wciąż by mnie szukano

mogłabym wejść znowu do znajomej
katedry i wystukiwać spokój
na drewnianym blacie amen amen
w pamięci wciąż słowa kapłana
skąd jesteście i że Kielce jest uroczym miastem
Żeromskiego

to spotkanie mocną nicią pozszywało
wiarę i dwa miejsca prowadząc czule
dalej do myśli że mogłabym teraz być
w poznaniu na starym mieście i z mapą
w dłoni szukać nas w kolorach
wiekowych kamienic
w zapatrzeniu dziecka o niebieskich oczach

a tutaj
wmyślam się do bólu gdy patrzę w górę
wysoko na dachach dzieje się życie poza
fabułą i jest nawet zabawnie

***

Eros pomyślany inaczej


w XXI wieku podobno serca nie pękają
z miłości można jedynie napisać wiersz
a gdy komuś się spodoba mówi się że
to fikcja jak to w poezji często bywa


gorzej jak ona uwierzy w ciebie wtedy
wszystko staje się nie do wytrzymania
bo trudno powiedzieć potrzebuję i jeszcze ciebie
na dodatek to takie intymne i jednoznaczne


oznaka słabości powiedziała mi koleżanka
jest samowystarczalna zupełnie inaczej jak
Chrystus iść za nim to przecież przerąbane
i takie niemodne ale z perspektywy drugiego

ramienia może wydać się wszystko jak należy
a nawet ciekawiej nagle błysk światła i masz
ciepłe dłonie właśnie teraz zmieniam ułożenie
ciała by widzieć tak jak ty ale to raczej niemożliwe


powiedz mi szczere czy jesteś dokładnie
taki przeze mnie myślany jak patrzę z tym
przykrótkim rękawem i chwilą zamyślenia
w kącikach oczu mimo wszystko uwierzyłam
w nas zupełnie po nic

Innego sensu nie widzę po prostu jesteś
kochany

***
Per crucem tuam

nie wiem czy udźwignę sen,
słowo, przystanek. płuca szybciej pracują,
a żebra jak kleszcze, szczelnie zamykają
spuchnięte serce.

dziś przeszło przeze mnie wiele
obrazów - barwy cienie chrystusy.
poraniłam stopy.

zupełnie nie wiem, jak to wyrazić,
ale zmęczenie. we śnie
spadałam z krzyża głową w dół -
w klęskę lub zmartwychwstanie.

potem trzeba było odwracać bieg
pociągów.czeka, czekam, czekamy.
a tutaj jak zawsze czas rozpięty na
skrzydłach kawek, kołuje za oknem.


spokojnie. to ciche pukanie,
gdy nagle przychodzi judasz poranek.
podnosi powieki światłem,

zanim pęknie kolejne przęsło mostu

***

Zielone

dziewczynka w zielonym płaszczyku
okryła mnie wtedy
gdy zanosiło się na burzę

spadły tylko dwie krople
ciężkie jak sen

dobrze że mamy wiersze
wtulamy się w ich ramiona
szerokie po horyzont

sylaba za sylabą
popychamy kolejny dzień

aby jakoś przetrwać kolejny
zawrót serca

***

Ułomki, wyimki...


że opuszczę cię aż do śmierci
powiedz tylko słowo a stanie się
inaczej przecież być mogło
ale zobacz to już trzeci upadek

i niby nieobecność ale przecież jest
milczącą obecnością szkli się w oczach
zapętla na szyi
słowem

co miało mocno huknąć
lecz tylko skruszone jak opłatek
a on przecież kazał dzielić się
więc dla ciebie i dla mnie ułomek

ostatni raz
powietrze w usta i zacisnąć
zęby

***

Było na początku

słowo
ma moc podłożyć nogę
wyprowadzić na manowce
chichotać  z ciebie
i skurczyć serce
do orzeszka


może też wywyższyć
ubrać w uśmiech świętego
pogłaskać
i zbudować od nowa

śmiało więc
choć jednym palcem
porusz stare fundamenty

zobacz jak sypią się
gdy czołem dotykasz Słowa

rodzi się nowe
się staje


***

był czas stawiania
stopy na wodzie
wierciło się szczęście

jak wspominam
ono zawsze spływało znienacka
nie z tej strony co chciałam
gdzie czekały ramiona


zaczajone pod podszewką
łypało zielenią

teraz to woda
uczy się po mnie stąpać
pozwala sobie coraz śmielej
zalewa uszy i oczy

wycieram szybko

i tylko czasami odpływ
gdy dobre tchnienie Ducha
 pocałuje w czoło


***

Moje Ur

jestem człowiekiem
mogę wiele uczynić
np. kupić bilet i wyjechać
ofertą last minute

znaleźć tam dom
zbudować fundamenty nowej
siebie
patrzeć w niebo i mieć wszystko
 gdzieś

zrzucić z siebie starego człowieka
ubrać w modlitwę
i przenosić miejsca, zdarzenia, światła
błyszczeć Twoją chwałą
i pokorą Hioba

o powal mnie znów na ziemię
raz jeszcze w drodze do Damaszku
przemebluj mieszkanie
uformuj od nowa
komórki
natłuść głowę oliwą
a w oczach rozsyp glinę


bo na razie jestem tutaj
gotuję się do wymarszu z Ur
zapinam sandały
i płaczę

***

Myśli nad wierzem nienazwanym

żeby ten blok mógł być tylko blokiem
okno oknem a ból do wyłzawienia
bez żadnych szeptów zmiękczeń błysków

myśli przeżuwam do końca jak pestki
pukają o asfalt za późno ciszej i ciszej
bo puchną zmysły a światy rodzą się
we mnie zanim ponazywam

wielu ludzi przeszło przez serce
ślad pali popielniczka wygasłe
emocje żłobią koleiny

i zawsze to słowo nabrzmiałe goryczą
nie pęka kołysze się znakiem zapytania
a ja znów otwieram się doliną

paradoks antidotum wciąż to samo
pisać 

***

Ostatni lot

1Krl: "A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocząca skały szła przed Panem, ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze trzęsienie ziemi. Pan nie był w trzęsieniu ziemi. A po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz Go usłyszał, zasłonił twarz płaszczem".



Tu 154 trzymał się życia do końca
jednym skrzydłem chwytał drzewa
które nie sprostały

i przechylał się coraz mocniej ku wieczności
a chciał tylko ominąć pas śmierci
lecz gęsta mgła lepkimi palcami
wciągała rozpaczliwie
już do innej przystani

coraz ciaśniej
niebo rozpękło się ogniem

wyrwani
ze snu smoleńskiego lasu
szliście
a przed wami przez huk i ogień
podążał milczący baranek



***

Miejsce

Kiedy rozpacz
serce przepołowione na pół
krzyż zsuwa się z ramion

nie płacz
bo właśnie wtedy najbliżej
idzie za Tobą król chwały

rozsyła aniołów
by cię pilnowały

jeden zapnie guzik pod szyją
drugi z promiennym uśmiechem
powita już z rana

a jeszcze inny po prostu będzie
i tą obecnością wypełni się
rana najcelniej zadana

bo tam gdzie już nic nie ma
jest właśnie najwięcej

kiedy opuścisz omdlałe ręce
i ostatnią łzę obetrzesz
zrobisz Jemu miejsce

***

Księżyce

powiedz mi że wciąż jestem dotykaj
tam gdzie najbardziej mnie nie ma
i tam gdzie mnie ciągle za mało

przyjdź w samo południe gdy rozbiorę się
ze świateł jutrzenek i odbić neonowych lampek
a cienie będą dopiero dojrzewać
za framugami okien

wtedy drżeniem rąk mnie szukaj powoli
aby nie spłoszyć myśli – niespokojnie
szeleszczą na obrzeżach kartki lub płyną
za stalowym szeptem zmrożonego nieba
z którego co wieczór srebrną chochlą
wybieram chłodne księżyce

jeżeli na moment stanę się dla ciebie
czytelna będę już
na zawsze

***
Homo viator
Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem.
Św. Augustyn

lubię te spacery między wersami
wtedy odwracam słowa. wrysowuję się
w przestrzeń

nowa strona kolejnym zwierciadłem
przechadzającym się po dziedzińcu myśli

i te rozmowy bez dna choćby z Herodotem.
już wiem że żadne zdanie nie kończy się
kropką. że to co jest było to co było stanie się

potem

miarowe stukanie w skałę laski mędrca
przypomina ten odwieczny rytm świata
i wewnętrzne pulsowanie

a kiedy wytrząsam piasek zza szkła
zegarka

myślę sobie że
może to ten sam który przesypywał się
przez sandały Tucydydesa


***

DPS

Pani S wiąże swoją pewność na supeł
sznurowadeł często plączących drogi
od okna i z powrotem. tylko tyle,
do przejścia i tak zbyt wiele

w jej oczach codziennie burzy się
dom, wtedy wyciąga szyję i podnosi
wzrok na ścianę, stąd od lat patrzy
śmielej bo z góry okrągła twarz córki.

zresztą to tak niewiele teraz znaczy
Pani S mówi, że ta kobieta to jej siostra
i że mają stały kontakt raz czy dwa
razy w miesiącu wystarczy przyłożyć

mocno słuchawkę do ucha. jak Bóg da może
się nawet zobaczą. tak często o niej opowiada
ja słucham potem siada w fotelu i ceruje
pamięć chyba bo zawsze płacze gadam wtedy

od rzeczy idę do okna i patrzę jak kwiecień
obkleja drzewa szerokie alejki poszerzają
perspektywę miłych spotkań a tu tak ciasno
i dziwne że dzięki drodze którą przeszłam

od drzwi do okna jestem bogatsza o nowe
życie tylko tyle do przejścia
i tak zbyt wiele

***

Trzynastką w dzień

jadę
za oknem ulica jak step
cisza gnieździ się w szczelinach
cegieł starych kamienic

jest siódma wślizguję się w dzień
powietrze pęka na dwoje
a miasto mruczy lubieżnie
głaskane pod sierść

słońcem
co jak blady płatek pergaminu
tłucze się o szybę
i goni i goni

jeszcze zakręt
i płynne przejście w skrzyżowanie
spojrzeń z pasażerem ósemki

przed wołaniem jego oczu
zasłaniam się
Beckettem

i wolno rozciągam wersy
bo wiem

za kolejną przecznicą
nie będę już sobą

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz