wtorek, 26 maja 2015

Sielsko-muzyczne wakacje z magisterką w tle




   Po raz kolejny sięgnęłam po literaturę z półki „lekka i kobieca” a można też dodać: młodzieżowa  i znów trafiłam w dziesiątkę. Czyta się rzeczywiście bez obciążeń  intelektualnych ale nie powiem, że bez przyjemności. Naprawdę była to przednia czytelnicza uczta, i piszę to bez lukrowania. I cóż, zapewne skieruję swoją uwagę  na  nowy tytuł autorki, kiedy tylko taki ujrzy światło dzienne.

   Fabuła nie jest zawiła ale wciągająca. Prosty schemat – dziewczyna Nastka przybywa na wieś za Częstochową, gdzieś niedaleko Wielunia. Tutaj jej rodzina posiada uroczy domek nazwany przez nich Maszkarka, położony z dala od cywilizacji ale blisko ludzkiej inwigilacji. Zupełnie nie przeszkadza to młodej kobiecie, która przyjechała tu aby w spokoju napisać pracę magisterką. Oddalając się od zapobiegawczych, traktujących ją jak małą dziewczynkę rodziców postanawia dokończyć swoje naukowe dzieło i przy okazji oddać  się błogiemu odpoczynkowi.  I tu pojawia się pytanie, czy jej to się uda? Możliwe. Pewne jest, że wieś oferuje Nastce nie tylko świeże powietrze i odpoczynek od huczącego miasta ale i kilku  mężczyzn, z których jeden reprezentuje stan duchowny. Z każdym z nich nawiązuje jakąś – bliższą lub dalszą - relację i wiele się uczy. Michał, człowiek zaradny, stojący już prawie przy ołtarzu, planuje wspólne życie z Baśką, nie wiedzieć czemu zupełnie nieprzychylnej Nastce.  Zaledwie kilka dni dzieli go od  ślubnej uroczystości a w jego życiu pojawia się jeden poważny problem. Drugi z nich to Julian, skrzypek i romantyczna dusza,  całkiem odmienny temperament od maturzystki. Z nim również przeżyje niejedną dobrą chwilę, choć na początku wydawać jej się będzie odmieńcem, człowiekiem z innej planety. Następny kolega to dorastający dzieciak, któremu trzeba udzielić kilku korepetycji. Jak się okazuje dziewczyna bardzo dobrze sobie z tym radzi. Chłopak chce jednak czegoś więcej niż czasu spędzonego z nią na nauce, tylko czy uda mu się zaskarbić dziewczyny serce? No i ksiądz Grzegorz, młody kapłan, któremu Nastka pomaga w bardzo ważnej kościelnej sprawie. Sama się wciąż zastanawia czy podoła, ze swoim podejściem i świadomością nieuporządkowanego życia jakie prowadzi, bo jak się okazuje ma  jednak trochę „za kołnierzem”. Jej wyrzutem sumienia jest przede wszytki Olek, kolejny mężczyzna,  z jakim wiąże ją silna emocjonalna relacja. Znajomość ta nie upływa jednak w sielankowym klimacie i tylko czas ma za zadanie pokazać dziewczynie więcej, przewartościować jej życie.  Olek odwiedza ją na wsi i wtedy Nastka podejmuje wiążące decyzje co do tej relacji.

   Oprócz tych damsko-męskich perypetii przez Maszkarkę przewijają się tabuny ludzi. Ciotki, wujkowie, kuzyni, sąsiedzi. Dzieje się wiele dobrych ale i trudnych sytuacji, z jakich trzeba wyciągać na bieżąco wnioski. Ważnym sprawdzianem dla Nastki jest opieka nad niepełnosprawnym chłopcem, pochylenie się nad problemami jego, po  części patologicznej, rodziny. Pojawia się także złośliwy sąsiad, problem śmierci znajomego mężczyzny, mała scysja z księdzem proboszczem i  inne lokalne wydarzenia, spychające skutecznie pracę magisterską na margines. Nie zabrakło oczywiście radosnego i bezpiecznego domu babci Kseni, gdzie zawsze można wypocząć i posilić się różnymi przysmakami przypominającymi dzieciństwo. W te wszystkie, często prozaiczne wydarzenia wkraczają uczucia, lepsze, gorsze, silne i słabsze. Niektóre zmieniają patrzenie dziewczyny  o sto osiemdziesiąt stopni, np. jedna noc u pewnego mężczyzny. Czy ta młoda kobieta rozliczy się z przeszłością i zmieni swoje życie, czy nie  będzie mogła sobie z tym poradzić? Na to pytanie musi sobie każdy sam odpowiedzieć.

   Książka zdecydowanie dobra. Przede wszystkim docenić można klimat jaki buduje i jak prowadzi swoich bohaterów. Nie są to postaci papierowe wydarzenia nie są czarno-białe. Zawsze jest „to coś” więcej, między wierszami, na co warto zwrócić uwagę. Styl również nienaganny, akcja żywa, wciągająca.  Nie tylko o łajdakach to wyśmienita powieść na letnie wieczory, w sam raz do wakacyjnego plecaka. Dużo w  niej mądrości, spraw ważnych i ważniejszych, ale i lekkiego bujania w obłokach.   Książka o dojrzewaniu do wielu rzeczy i o poznawaniu samego siebie.

Recenzja ukazała się po raz pierwszy na stronie Papierowe Myśli

czwartek, 7 maja 2015

Apokaliptyczne klimaty



 AUTOR: Sodoma
 TYTUŁ: Marcin Wolski
 WYDAWNICTWO: Zysk i Spółka
 ROK WYDANIA: 2014


  Marcina Wolskiego spotkałam się po raz pierwszy. Nie mam więc możliwości porównywania z innymi jego powieściami i może lepiej, bo mogę ocenić te książkę „na świeżo”. Według mnie jest pół na pół, raz bardzo dobrze czy wręcz świetnie a  za chwilę kiepsko. Trochę elementów paranormalnych, metafizycznych i można się odważyć na stwierdzenie baśniowych, składa  się na całkiem zgrabną całość:  fantastyczno-egzystencjalny przekładaniec.
Z twórczością

   Dwójka głównych bohaterów steruje akcją naprzemiennie. Zaczyna się od historii młodej dziewczyny Claire, stojącej na progu dorosłości. Otrzymujemy sporą dawkę i informacji na temat jej dotychczasowego życia w zakładzie o bliżej nieokreślonym (na początku) profilu dla młodych panienek. Na straży ich moralności i dziewictwa! Stoją oziębłe emocjonalnie nianie, mające za zadanie wyprowadzić swoje podopieczne w świat. Z czasem klaruje się charakter ich pracy i dowiadujemy się coraz więcej, po co ten dom działa i jakie rzeczy tam mają miejsce. Claire jaka osoba obdarzona większą niż przeciętna inteligencją, domyśla się mechanizmów jego funkcjonowania i przy pośredniej pomocy dwóch dobrych osób postanawia coś z tym zrobić. Jedną dobrą duszą jest niania Amelia wprowadzająca swoją podopieczną w świat Biblii a drugą osobą jest nauczyciel tańca. Od niego dostaje pewien przedmiot, który okaże się jej później  bardzo pomocny.
Kolejna pierwszoplanowa postać to mężczyzna Tol, o traumatycznej przeszłości. W mieście znany jako Terapeuta, ma zdolności przewidywania przyszłych zdarzeń u różnych osób. Dzięki tej umiejętności nieźle zarabia na życie w nie cieszącym się sławą, obskurnym miasteczku Amodos. Pewnego dnia w jego uporządkowany świat wkracza śnieżnobiała mewa aby przekazać mu posłannictwo, jakie ten ma wypełnić. Jego zdaniem jest znaleźć  w swojej dzielnicy dziesięciu sprawiedliwych mieszkańców w celu uniknięcia zagłady, jaka przyśniła mu się już kilkakrotnie. Zadanie nie jest łatwe, zważywszy na to co, co wyprawia się w jego mieście (bezprawie w największym wydaniu). Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje kiedy spotyka na swojej drodze Claire a wraz z nią zaczyna się kolejne bardzo trudne zadanie do wykonania. Oprócz tego w życiu Tola pojawia się kilkoro ludzi będących w jakiś sposób związanych z jego sprawą.

Akcja rozpędzona na początku książki, kiedy przedstawiana była historia nastolatki, stopniowo przyśpiesza. Cały czas coś się dzieje, jest dużo ruchu i różnych sytuacji. Nie ma natomiast mocnych emocji  i elementu zaskoczenia, ponieważ wiele momentów jest przewidywalnych a to co wydawać by się mogło nie do zrobienia, staje się niemal od razu. Szkoda, bo można było rozciągnąć niektóre wątki, stopniować napięcie  i dążyć do niesztampowych rozwiązań. W wielu miejscach tego zabrakło i przez to fabuła zaczęła się spłycać,  czuło się jak w bajce z dobrym jak zawsze happy endem.

Wolski przemycił w swojej powieści kilka ważkich kwestii, związanych m.in.  z eutanazją, transplantacją, in vitro. Przewijają się od początku książki i dobrze, bo o tym trzeba mówić i podawać refleksji.  Mogły być jednak te kwestie pogłębione, zazębione mocniej z konkretnymi wydarzeniami personalnie a nie dryfujące wolno w przestrzeni. Tak samo rzecz się ma w związku z przedstawieniem rozpadu wartości, moralną degrengoladą i totalnym zdziczeniem ludzi. Niektóre z wydarzeń jakie spotykają np. Claire są troszkę przesadzone, wprost ukazujące zezwierzęcenie świata, ale często zbyt trywialnie, bez zastanowienia.

   Podsumowując, książka jest dobra ale niektóre partie są nieprzemyślane do końca, nie zaskakują a nawet bawią. Schemat fabularny skonstruowany jest wyśmienicie ale zabrakło spoiwa  sklejającego poszczególne wątki. Akcja jest czasami mocno rwąca przez co czyta się szybko i z ciekawością „co dalej”. Szczególnie te prędkość odczuwa się na początku lektury. Poruszane kwestie egzystencjalno-moralne zabarwiają treść pierwiastkiem humanistycznym , co jest w dzisiejszych czasach bardzo ważne i szlachetne. No i odwołania do Biblii, budowanie na historii Lota, jedynego ocalałego wraz  z rodziną po zagładzie miasta Sodoma, fabuły książki. Wystarczy odwrócić kierunek czytania słów Tol i Amodos aby te analogie stały się widoczne. Zwrot do religii w aktualnym zmasowanym ataku na Kościół i odwrocie od Boga, jest  także wartościowym elementem powieści. Także warto przeczytać, zaznajomić się z uroczą historią dwójki bohaterów i przymknąć oko na nieodciągnięcia, a lektura z pewnością może zachwycić.

Recenzja po raz pierwszy ukazała się na stronie Papierowe  Myśli

sobota, 2 maja 2015

AUTOR: Bogdan Chruścicki



  
 AUTOR: Bogdan Chruścicki
 TYTUŁ: Justyna Kowalczyk królowa śniegu
 WYDAWNICTWO: OTWARTE
 ROK WYDANIA: 2014

 Bogdan Chruścicki napisał fantastyczną książkę – właśnie tak, jednym zdaniem można wypowiedzieć się na temat jego publikacji Justyna Kowalczyk królowa śniegu. Ale żeby przybliżyć nieco treść i uchylić rąbka tajemnicy dla niewtajemniczonych w lekturę, należy napisać więcej. Bo może właśnie to „więcej” pomoże komuś dotrzeć do tego cennego tytułu i bardziej poznać naszą czołową zawodniczkę w narciarstwie biegowym pań.

   Książka jest wyjątkowa nie tylko z tego względu, że zawiera ważne informacje na temat Justyny, ale też i z tego względu, że znajduje się w niej skrótowa historia tego fascynującego sportu, jaki ona trenuje. Oprócz tego autor naświetla dzieje sportu w ogóle, od czasów najdawniejszych do chwili obecnej. Dowiemy się np. o tym, ze w 1973 r. odbyły się pierwsze zawody sportowe ery nowożytnej, kiedy to w szranki ze sobą stanęli wioślarze. Jeśli ktoś nie zna nazwiska Pierre de Coubertina, może je zapamiętać teraz na długo, gdyż to właśnie on przywrócił igrzyska olimpijskie po 1500. Latach nieobecności. A pierwsza łyżwa to nic innego jak wystrugane z kości zwierzęcia mający ok. 4 tys. lat. Natomiast najbardziej znana narta pochodzi z XIX w. z miejscowości Hoting i miała 110 cm.

Nie mogło braknąć informacji o ojczyźnie narciarstwa czyli Skandynawii, m.in. przybliżenie faktu jaki zmienił historię Szwecji, będącej przecież mocno zanurzoną w narciarskiej tradycji. I oczywiście wspomniana została sławna data 1922 r. - kiedy po raz pierwszy rozegrano Bieg Wazów. Nb. ciekawa wiąże się z tym wydarzeniem historia. Bogdan Chruścicki nie zapomniał o ulokowaniu  w tym chronologicznym przekroju tradycji polskiej. Dzieli się więc swoją wiedzą m.in. na temat pierwszej wzmianki o biegającym na nartach Polaku. A Pochodzi ona tylko z jednego źródła, pamiętnika szlacheckiego. Wymienia także nazwisko Stanisława Barabasza, myśliwego i zarazem pioniera biegów na nartach.  A czy naprawdę narciarstwo wymyślili ludzie gór a nie przypadkiem mieszczanie? Każdy by powiedział, ze to górale i może tak jest ale czy na pewno? Autor poddaje pod ogląd czytelnika właśnie tego typu historie i w przystępny oraz barwny sposób je wyjaśnia.

Przechodząc do głównej bohaterki książki Chruścickiego trzeba przybliżyć klika podstawowych wątków, jakie zostały poruszone w przedstawieniu osoby Justyny. Zaczyna się od szkicowego wprowadzenia dotyczącego jej rodziny, dzieciństwa i młodości, spędzonej oczywiście w Kasinie Wielkiej. Równolegle przybliżona zostaje postać Aleksandra Wieretelnego, trochę faktów biograficznych i w końcu moment spotkania z Kowalczyk, do którego doszło przecież  w wyniku zbiegu różnych okoliczności. Dalej omówione zostają pierwsze sukcesy Justyny, pierwsze sprawdziany umiejętności,  choćby m.in. Europejskie Dni Młodzieży czy występ na mistrzostwa świata juniorów w Plesa. Można poczytać także o pierwszych jej dorosłych mistrzostwach świata czyli w Val di Fiemme, tzw., Dolinie Płomieni, i drugich w Oberstdorfie, gdzie znalazła się już wśród utytułowanych zawodniczek świata.

Później pojawiają się już kolejne omówienia startów Justyny, np. walka Puchar Świata w estońskim Otepää. To tu polska zawodniczka pokazała niezwykłą klasę i tym samym przełamała złą passę, bo na sukces czekano przecież 28. lat, po mistrzostwach świata w Lahti, gdzie Józef Łuszczek święcił tryumfy. No i igrzyska w Turynie – brązowy medal na 30 km. techniką dowolną czy  czeski Liberec, któremu poświęcony został cały rozdział. Miejsce  na pewno zapamiętane nie tylko przez Justynę ale i kibiców, bo jak wiadomo trzy medale, w tym dwa złote, stały się jej udziałem. Tak jak zawsze oprócz treści związanych z nasza medalistką autor zakotwicza swoją opowieść w danym kolorycie lokalnym. Szkicuje szlaki biegowe, przygotowanie ich do zawodów, zaplecze lokalowe itd. Czytając można naprawdę przenieść się oczyma wyobraźni na miejsce rozgrywanych rywalizacji.

Jeden z rozdziałów poświęcony został środkom antydopingowym, czy ściślej rzecz ujmując przekrętach sportowych mających miejsce wśród biegaczek. I w tym przypadku autor sięga do źródeł, wydobywając na światło dzienne datę 1904 r. kiedy to w igrzyskach olimpijskich w S. Louis jeden maratończyk wspomagał się strychniną. Chruścicki opowiada o niemiłych incydentach z jakimi spotkał się w swojej karierze dziennikarskiej. O tym, że coraz więcej sportowców zaczyna nagle chorować na astmę, o środkach stosowanych w takich przypadkach czy w końcu wymienia konkretne nazwiska, wydarzenia. Przyznaje, że trudno mu pisać o tak delikatnym i niewdzięcznym temacie.
Czytając Królową Śniegu… dowiemy się także kto odkrył Jakuszyce. Kto  stworzył tam raj dla biegaczy, zagospodarował aby w końcu przygotować teren na Puchar Świata. Historia została uzupełniona o informacje na temat klimatu tego zakątka, położenia i możliwości ulokowania widzów. Nie brakło oczywiście przybliżenia biegów, w których startowała Justyna, a jest co przypominać bo przecież wtedy objęła prowadzenie w klasyfikacji łącznej Pucharu Świata.
 
No i oczywiście dużo wiadomości dotyczących Tour De Ski. Masa cennych treści, zwycięstw, rywalizacji z Norweżkami, radości, a oprócz tego oczywiście jako kropka nad „i”, historia tej wyjątkowej imprezy. A mieli w niej wiele do powiedzenia mistrzowie olimpijscy Vegard Ulvang, Wałdimir Smirnof i Aleksiej Prokurorow. Jak to się wszystko poukładało i zawiązało w masową imprezę sportową, trzeba koniecznie przeczytać.

Dwa końcowe rozdziały również bogate są w wiedzę sportową, nie tylko na temat naszej zawodniczki. Autor prowadzi nas szlakiem słynnych ośrodków narciarskich w jakich bywała Kowalczyk, opisuje ich walory, czasem historię. Na tej mapie znalazły się m.in. Val di Fiemme i fińskie Kuusamo, norweskie Oslo-Holmenkollen, szwedzkie Falun i fińskie Lahti. Oczywiście Chruścicki nie omieszkał dodać informacji o tym, jak Justyna sobie radziła na danym szlaku, czy lubiła tam rywalizować itp.

Drugi z rozdziałów traktuje o przebiegu igrzysk w Sochi.

Warstwę słowną otula kilkanaście barwnych zdjęć oraz szkice obrazkowe  tras biegowych, klasyfikacji medalowej wszech czasów dla narciarstwa biegowego, zwycięzców Tour de Ski czy medale Polaków. Natomiast na samym końcu znajdują się pogrupowane w tabelach wyniki Justyny Kowalczyk, co w czytelny sposób przedstawia cały okres startów kasinianki.

   Warto tę książkę mieć w swojej biblioteczce. I nie będzie ona przydatna tylko wielbicielom Justyny Kowalczyk ale tym wszystkim, interesującym narciarstwem biegowym. Podstawowe historyczne i współczesne informacje z pewnością usystematyzują czy też poszerzą wiedzę na temat tego sportu.